A miało być tak pięknie... Nowa szkoła, wzbudzający szacunek dyrektor, piękna misja o rozwijaniu zainteresowań i dążeniu do poznania świata, żadnej mszy na początek roku szkolnego, nawet księdza ani katechety. Niestety w planie lekcji okazało się że religia jest raz w środku raz - na ostatniej lekcji, czyli jak zwykle. Córka była zmuszona iść do księdza i powiedzieć, że nie chce chodzić na religię tylko czasem chce przeczekać czas gdy ma okienko, bo tak nakazała wychowawczyni. Ksiądz się zgodził ale musiała odpowiedzieć dlaczego nie chce chodzić na religię i czy wierzący są rodzice. Odpowiedziała, że jest ateistką i rodzice też.
Wczoraj (w piątek), kiedy córka chciała po lekcjach iść do domu przyszedł już ksiądz i... nie wypuścił jej do domu. Zażądał ZWOLNIENIA od wychowawcy. Zagroził konsekwencjami. Wychowawcy nie było. Córka obawiając się, że będzie uznana za wagarowicza - została. Byłyśmy umówione, więc czekałam godzinę pod szkołą nie wiedząc co się dzieję.
A poza tym, to strasznie przykre dowiedzieć się w pierwszym tygodniu nowej szkoły, że jest się po "ciemnej stronie". To takie odebranie dziecku twarzy. I to na lekcji, na której się jest nie z własnej nieprzymuszonej woli.